Posty

Biografia pisana na kolanie

Występuje coś takiego jak „biografia” czyli opis życia. Pisany jest zazwyczaj przez osoby trzecie lub przez osobę pierwszą – wtedy nazywa się to autobiografią. Spróbuję pokusić się o naszkicowanie zarysu własnej autobiografii. Tak w kilka minut. Ciekawe co z tego wyjdzie. Tak naprawdę, to napisanie porządnej biografii musi być wielkim wysiłkiem skrupulatnego gromadzenia faktów z przeszłości. Trzeba sięgnąć do wszelkiego rodzaju archiwów, rodzinnych zdjęć, świadectw, dokumentów, odwiedzić miejsca, ludzi – jednym słowem trzeba się wybrać w podróż do przyszłości. Ja jestem leniwa. Siedzę w szlafroku i jak zwykle robię coś pod wpływem impulsu. 02.11.1970 – przychodzę na świat w Żarach, w Szpitalu Wojskowym poprzez cesarskie cięcie. Okręcona pępowiną, podduszona, ale śliczna. Nie daję się. Mama jest dumna, daje mi na imię Sylwiana. Ale w urzędzie zapisują mi Sylwia. Moimi rodzicami są Elżbieta i Marian Wierzbiccy. Mieszkamy u babci, na ulicy Moniuszki 6. 1973 – po rozwodzie z moim ...

A jednak antybiotyk

Dziś był ostatni dzień mojego urlopu. Od jutra miałam wrócić do Summerville Nursing Home. Niepokoiły mnie dwie ostatnie, nieprzespane noce. Miałam napady ostrego kaszlu. Myślałam, że sobie płuca wypluję. Zdecydowałam, że rano zarejestruję się do lekarza. Po południu udałam się do Latchford Medical Center. Odsiedziałam swoje. Moja wizyta miała 25 minut opóźnienia. Wytłumaczyłam pani doktor, że po tygodniu tak popularnej w Anglii kuracji paracetamolem, ból gardła nie mija, kaszel jest coraz gorszy. Mam jutro wrócić do pracy wśród osób starszych, więc chcę się przebadać. Kobieta długo osłuchuje mnie stetoskopem. Wreszcie w milczeniu wypisuje mi dwa świstki. – Tu jest zwolnienie lekarskie na tydzień czasu, a tutaj jest recepta na antybiotyk. Ta kuracja powinna pomóc wrócić do dobrego stanu zdrowia. Jestem trochę zaskoczona. Za chorobowe dostanę zapłatę, ale bez nadgodzin…no nic. Nie będę się tym przejmować. Chyba potrzebuję tych dodatkowych dni. Ostatni rok bardzo ostro pracowałam, pr...

Jak się choruje na grypę w UK

W tym miesiącu zarówno ja miałam urlop w pracy, a także moje dzieci miały 10 dni ferii. Lusia bardzo chciała, abym w tym roku była obecna na jej urodzinach, które obchodziła 15 lutego. Planowałam, że zaraz potem zrobimy sobie we dwie wycieczkę do Londynu. Niestety na parę dni przed feriami dzieciaki zaczęły kaszleć, smarkać, gorączkować. Pierwsza moja myśl to udać się do polskiego sklepu po polskie lekarstwa na przeziębienie, które doskonale znam. Drogo to kosztowało, bo trzeba było dwa razy robić zapasy, wszyscy bowiem zaniemogli i lekarstwa szły jak woda. Wydałam na nie ponad 60 funtów. O wycieczce do Londynu musieliśmy zapomnieć. – Czemu kupowałaś polskie leki? – moja londyńska przyjaciółka była bardzo zdziwiona. Udałam się do pobliskiego supermarketu i zrozumiałam jej zdziwienie. O tej porze roku lekarstw na grypę i przeziębienie jest mnóstwo i za grosze, a ja kilkakrotnie przepłaciłam. Zrobiłam zapasy dla całej rodziny po raz trzeci – kosztowało to tylko 5 funtów. Mąż i córk...

Życie płynie dalej

Za oknem pada deszcz z gradem. Siedzę na swojej sofie i popijam gorącą,miętową herbatkę. Samotnie rozmyślam, analizuję, podsumowuję, tak jak to mam w zwyczaju. Jestem na urlopie, choć dałam się namówić na dzisiejszą nockę w Domu Opieki. Ponoć mają mi płacić półtora raza….no to ok, mogę poświęcić jedną noc. Przez cały ostatni rok robiłam nadgodziny, pracowałam za dwóch. czuję ogólne zmęczenie, brak energii. Jest szansa, że Andrzej dostanie pracę w tymże Domu Opieki co i ja.Gdyby tak się stało, byłoby łatwiej. Chociaż nie wiem, czy zrezygnuję z brania nadgodzin. Musimy spłacić trochę długów, które mamy w Polsce. A ja poza tym już myślę o kolejnej wyprawie do Indii. Chyba mam obsesję, bo myślę o Indiach dzień i noc. Czasem przewinie się Pakistan w moich wspomnieniach…. Wczoraj Lusia skończyła 11 lat. Mam już same nastolatki. Jak tylko mogę tak staram się zapewnić im byt i jakąś przyszłość tutaj. Radzą sobie świetnie w szkole, oby tak dalej. Jak już pisałam brak mi energii, więc ta...

Spotkania polsko-indyjskie w szkołach

Obraz
25,26 stycznia spotkaliśmy się z dziećmi z dwóch szkół podstawowych koło Wrocławia. Najpierw dotarliśmy do NSP w Zachowicach. Dzieci były bardzo podekscytowane możliwością zobaczenia i usłyszenia studenta, który przybył prosto z Indii. Ashish Thomas był wolontariuszem podczas WEMP Indie 2015, przyleciał do Polski na dwa miesiące. Teraz opowiadał dzieciom o swoim kraju, zagrał na gitarze i przepięknie zaśpiewał w języku hindi. Uczniowie z Zachowic przekazali dwie duże torby zebranych pluszowych zabawek, które wyślemy indyjskim dzieciom. W Sadkowie słuchała nas cała szkoła. Dzieci zadawały pytania, były bardzo zainteresowane opowieściami o Indiach. Nie tylko Ashish pięknie zagrał i zaśpiewał, ale też Asia – nasza wolontariuszka, pięknie zatańczyła taniec bollywood. Tutejsze dzieci oprócz pluszaków zgromadziły wielki stos przyborów szkolnych dla indyjskich dzieci. Następnego dnia dwie paczki około 20 kilogramowe zostały wysłane do Indii. To były owocne spotkania polsko-indyjskie. N...

Operacja „ Przeprowadzka”

W tym roku moim największym wyzwaniem była przeprowadzka rodzinki do UK. Najpierw musiałam znaleźć pracę na północy, gdyż tam mieszkania do wynajęcia są stosunkowo tanie. Dzięki pomocy Shagufty, siostry jednego z moich pakistańskich przyjaciół, dosyć szybko znalazłam pracę w Warrington, koło Liverpoolu, w Summerville Nursing Home. Mieszkanie, takie jakie chciałam, też znalazłam błyskawicznie. Z prysznicem, a nie z wanną. Chwała Bogu! Teraz trzeba było ich sprowadzić. Najpierw mój piętnastoletni syn przyleciał w maju.Udało mu się zaliczyć wszystkie przedmioty i dostać świadectwo miesiąc wcześniej. W lipcu odstawiłam syna do Londynu, do przyjaciół, a sama poleciałam po dziewczynki i Patrycję. Miała ona po prostu być z nimi, podczas mojej nieobecności, kiedy będę w pracy. To były wspaniałe dwa tygodnie, Patrycja wniosła wiele radości, organizowała czas moim córkom. Do dziś ją mile wspominają. W sierpniu ostatni etap – mój mąż miał przyjechać z psem. Wyruszył naszym Volkswagenem ...

Zamknięcie programu adopcji serca w Indiach

Od trzech lat prowadziliśmy program adopcji serca w kilku ośrodkach w Indiach. Co miesiąc opiekunowie z Polski wysyłali swoim podopiecznym kwotę 100 zł, która wystarczała na zaspokojenie ich podstawowych potrzeb. Zeszłego roku zakończyłam ten projekt w Nakkapalli i Prathipadu. A teraz także i w Dommeru. Krótko mówiąc – adopcja nie wypaliła. Moje wnioski są takie, że aby móc prowadzić rzetelnie taką działalność trzeba być tam na miejscu, mieszkać tam, a nie wpadać raz w roku na krótki czas. Jeśli adopcję serca zostawimy Hindusom, będą robili to po hindusku, ze swoją zdolnością do opowiadania bajek o sierotkach, wytwarzania różnorodnych papierków i zaświadczeń o jakie ich poprosimy, niestety nie mających nic wspólnego z rzeczywistością. Jeżeli więc coś nie działa to należy to zostawić. Najlepiej skupić się na tych projektach, które się sprawdziły. WEMP czyli wyprawa edukacyjna z młodzieżą polską do Indii – to był świetny pomysł. Zaowocował tym, że młodzież sama wyruszyła do Az...