Posty

Z górki i do Indii

Bilety, ubezpieczenie, wizy – są. Dolary kupione.Torby czekają,aby je zapakować.Śpiwory mamy. Ciuchy, ręczniki, niezbędne kosmetyki- porozkładane na krzesłach.Upominki i pomoce dydaktyczne do zajęć z dziećmi indyjskimi – „nie ma bata”, musimy je zabrać. Specyfiki ma moskity, leki pierwszej pomocy, zapas synbiotyku -Multilac, to też trzeba będzie upchnąć. Drapię się po głowie jak to wszystko spakować do bagażu o maksymalnej wadze 15 kilogramów. Wylatujemy liniami Emirates do Delhi przez Dubaj i tam moglibyśy mieć po 30 kilo na głowę. Ale już w Indiach linie SpiceJet i JetAirways zastrzegają sobie limit piętnastokilogramowy. Najwyżej mniej kreacji zabiorę i tyle. Mogę latać w jednej bluzce i w jednych spodniach. Moje osobiste sari oraz anarkali raczej zostaną w szafie…..

Lepiej ugryźć się w język

Ostatnio dałam upust swoich emocji na blogu. W sumie po to jest blog, żeby człowiek pisał co go gryzie wewnętrznie….jeśli nie ma akurat wyrozumiałego słuchacza pod ręką. Akurat nie było, więc to co mnie dusiło znalazło się na widoku publicznym. Już na drugi dzień żałowałam, że obsmarowałam Marlene. Wysłała mi sms-a chwaląc mnie za moją pracę. Zawstydziło mni to. Zwątpiłam – czyżby czytała mojego bloga? Ależ nie ma takiej opcji. Na drugi dzień kolejny sms ze słowami zachęty dla mnie do dalszej pracy. Następnie wpadła do mnie osobiście i szczerze rozmawiała, wykazując troskę o mnie a nawet zaproponowała wspólny obiadek…Biłam się w pierś w myślach i wstyd mi było. Będąc dwa miesiące w Wielkiej Brytanii ulegałam pokusie, aby osądzać Anglików. Narzekać, że nieżyczliwi itp. Ale nie można oceniać ludzi wg nacji do której przynależą.W każdym narodzie można spotkać ludzi podłych i szlachetnych. Weszłam do kiosku. Dwóch Hindusów za ladą, trzeci przy wyjściu podpiera regał. – Proszę dołado...

Wezwana na dywanik

Dzwoni Marlene. To moja menadżerka, po naszemu- dyrektorka. Dawno do mnie nie dzwoniła. Na początku skakała koło mnie, bo byłam nowa, zapraszała na chrześcijańskie spotkania i imprezy, namaściła mnie olejem z Izraela do efektywnej pracy, a potem zamilkła. Już nie szczebiocze mi nad uchem. – Hej Sylwia, co się dzieje? Theresa pisze maile, że jesteś brutalna!! Jak to jesteś brutalna?! Co to ma znaczyć?! Staram się opanować, bo jej słowa, mimo że wygłaszane przez telefon, niosą ze sobą potężną dawkę emocji. – Nic się nie dzieje. Nie ma problemu. Pracuję bardzo dobrze. Robię wszystko co w mojej mocy, aby było jak najlepiej. I to jest prawda. Pracuję bardzo dobrze. Chwalę siebie samą, bo raczej nikt inny mnie nie pochwali. Tutaj się wymaga. Mówi się raz, a potem ocenia. Taka rzeczywistość. Deszcz leje, jak to zazwyczaj bywa w tym kraju. Pożyczyłam czarną parasolkę w kolorowe groszki. Ubrałam się ciepło i kluczę pomiędzy kałużami. Droga do biura zajmuje mi jakieś dwadzieścia minut na pi...

Brytyjskie żarcie

W porównaniu do Niemców Brytyjczycy nie lubią dobrze zjeść. Bardzo popularne są tutaj mrożonki, które wrzuca się na 20 minut do pieca i gotowe. Kto ma mikrofalówkę to tam odgrzewa. Największe wzięcie ma sieć handlowa Iceland gdzie można kupić mrożonki jakie tylko kto chce: warzywa, owoce, gotowe dania, desery, ciasta – czego tylko dusza zapragnie. Miałam szczęście, że mój pierwszy miesiąc w Anglii spędziłam u przyjaciół. Karmili mnie dostatnio, smacznie i zdrowo. W Londynie jest też mnóstwo polskich sklepów, że nawet swojską kiełbaskę mogłam pałaszować. Ale jak to mówią – „Londyn to nie Anglia”. Teraz jestem w Horsham, tutaj polskich sklepów nie ma. Angielskie porcje na talerzach są wielkie! A ja nauczona zostałam zjadać wszystko co mi podają. Przytyłam już tutaj 5 kilo. No cóż, na te zimowe chłody ( tutaj deszcze i wiatry ) dodatkowe kilogramy to nic….ale za miesiąc do Indii jadę, a tam będzie grzało ! Hmmm…….. Jednak teraz pracuję i dostaję od firmy 35 funtów na jedzenie, c...

Pracuję w Wielkiej Brytanii

Nareszcie mam pierwszą umowę o pracę w Wielkiej Brytanii. Długo to trwało, musiałam wyrobić wszystkie potrzebne papiery, aby móc tu pracować. Gdybym wiedziała, że cały miesiąc będę czekać nie zdecydowałabym się na przyjazd tutaj. W Niemczech kokosów nie miałam, ale na rachunki i podróż do Indii zapracowałabym spokojnie. Teraz nie mam tej gwarancji…Tzn gwarancją jest Bóg…Tak, uczę się, przerabiam lekcję zaufania do Boga. Pozostaje mi tylko czekać…. Opiekuję się niepełnosprawną kobietą. Mam swój pokoik w jej mieszkaniu. Dostaję 35 funtów tygodniowo od firmy na jedzenie, ale ile zarobię okaże się za miesiąc. Nie potrafię odliczyć tych wszystkich angielskich podatków i opłat. Codziennie od 7.15 do 13.30 biegam na każde polecenie mojej podopiecznej. Ona jest niezwykle absorbująca, zresztą nie dziwię się, skoro może ruszać tylko głową i troszeczkę lewą ręką, potrzebuje innej osoby, która będzie robiła to wszystko czego sama nie może dokonać. Od 13.30 do 18.30 mam pięciogodzinną przerwę. ...

Polska wigilia w Horsham

Obraz
Czas w Londynie upłynął mi bardzo szybko. Nie ukrywam, że miałam napady lekkiej paniki pt. ” A co będzie jeżeli? ” Zrezygnowałam z pracy w Niemczech, bo tu w Wielkiej Brytanii rysowały się przede mną lepsze możliwości. Ale cała papierkowa robota jaką trzeba na początku zrobić, aby legalnie otrzymać pracę w Anglii, troszkę mnie frustrowała. Zamiast od 2-go grudnia, umowę z pracodawcą mam od 27-go. W międzyczasie popracowałam u angielskiej, sędziwej pary. Zarobiłam pierwsze swoje funty ! Jednak nic już z nich nie zostało, bo zapłaciłam za wizę do Indii, zrobiłam zakupy dla moich dzieciaków, no i na pociąg do Horsham wydałam tyle ile na samolot do Polski, a nawet więcej! Siedziałam sobie dziś w domu u niepełnosprawnej Teresy, która się będę opiekować przez najbliższy miesiąc, łykając z obrzydzeniem podgrzewane spagetti z puszki, przygryzając lekko zeschnięta pitą. Wtedy zadzwoniła do mnie Wiesia czy nie wpadłabym do niej. Okazało się, że miejsce gdzie będę pracować jest oddalone o c...

Bilety są, wizy się robią

Zabukowałam bilety do Indii jeszcze będąc w Polsce. Ogromnie mnie to stresowało. Razem z Adamem i Jędrkiem lecimy z Warszawy przez Dubaj do Delhi. Tam przenocujemy u Artura i następnego dnia wyruszymy do Rajahmundry przez Hyderabad. Artur będzie sam wracał 15-go lutego, a my pojedziemy dalej do Visakapathnam. Właśnie stamtąd będziemy wracać do polski. W Bożych rękach jest nasza podróż, tak jak i cała wyprawa. Mój syn złożył podanie o wizę we Wrocławiu, a ja z Adamem w Londynie. Nie obyło się bez niespodzianek. Podchodzę do okienka, młody, hinduski urzędnik patrząc na moje podanie stwierdza, że muszę mieć jeszcze list od pracodawcy, że nie będę wykonywać żadnej charytatywnej pracy dla mojej firmy, w której pracuję w Wielkiej Brytanii. Na szczęście pracodawca nie robi żadnych problemów i po tygodniu zjawiam się ponownie z plikiem papierów, aby złożyć swoją aplikację. Tym razem wszystko jest w porządku. Proces przyznawania wizy trwa. Czas przygotować szczegółowy plan zajęć w szkole w ...